Coś za coś?

On jest gdzieś tam. My tutaj. On może wszystko. My tak niewiele. Czujemy, że od Niego zależy czy nam się przytrafi coś dobrego, czy coś złego, więc próbujemy jakoś wejść z Nim w układy. Ja Ci, Boże, modlitwę, a Ty mi błogosławieństwo. Ja pójdę na Mszę, a Ty się zajmiesz tym, czego ja nie ogarniam. W sumie proste. Ale czy prawdziwe? Czy religia polega na handlowaniu z Panem Bogiem? Pojawiające się tu i tam (czasem półgłosem) komentarze w stylu „sam sobie zasłużył” zdają się potwierdzać taki obraz relacji człowiek-Bóg.

Nowy Testament pokazuje nam, że Bóg nie jest kapryśnym dziadkiem siedzącym na pozłacanym tronie, od którego samopoczucia zależą marne losy ludzkości, a nasze wysiłki poprawiają jego, wciąż zagrożone fochem, samopoczucie. Nie! Bóg przed stworzeniem świata już nas zechciał, już zaplanował dla nas rzeczy, które nie mieszczą się w naszych marzeniach. Mało tego! Widząc moją i Twoją słabość, Bóg nie rezygnuje z projektu „ludzkość” – choć mógłby jednym słowem świat rozwalić, ale gra „va banque”, wszystko stawia na jedną kartę. O ile w religijności naturalnej to człowiek przez swoje praktyki musi się ciągle „wspinać” do Boga, o tyle w chrześcijaństwie to Jezus ogołaca się, staje się człowiekiem, służy, kocha, jest blisko – schodzi do naszych dołów porażek i niespełnionych życzeń.

Zanim zaczniesz znowu handlować z Bogiem, to odkryj słowa z 9 rozdziału Ewangelii św. Mateusza – „Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.