Krok przed światem?

W zeszłym tygodniu byłem na wykładzie dla doktorantów. Wydawał się podobny do wielu innych. Warto przypominać sobie prawdy, o których łatwo się zapomina; potwierdzać głęboko i być może jeszcze nigdy nienazwane intuicje. Tym razem zdarzyło się coś, co będę długo pamiętał. Wypowiedziałem od dawna kołaczącą mi w głowie tezę, że jednym z największych wyzwań dla chrześcijaństwa w cywilizacji euroatlantyckiej jest inkulturacja w popkulturę – nie ma co się obrażać na to, że nasz świat jest jaki jest, ale próbować jego „językiem” mówić o Bogu. Odpowiedź mojego kolegi, luteranina z urodzenia, proboszcza parafii ewangelickiej była zdumiewająca: „Popatrzmy na średniowiecze: dzięki Kościołowi były szpitale i uniwersytety. Przez wieki Kościół był kilka kroków przed światem. Potem w jakiś sposób to zgubiliśmy”.

Papież Franciszek w 27 numerze Evangelii gaudium pisze, że jego marzeniem jest przemiana misyjna, aby nic już nie służyło zachowaniu obecnego stanu rzeczy, ale wszystko było sformatowane w stronę misji – zdobywaniu nowych ludzi dla Jezusa, doprowadzaniu kolejnych do głębokiego osobistego spotkania z Chrystusem.

Czy nie za bardzo jesteśmy wpatrzeni w przeszłość? Jak często w naszych wypowiedziach kryje się zasada „kiedyś było lepiej”? Co znaczy dla nas dzisiaj „być krok przed światem”? Jak profesjonalnie komunikować się ze współczesnym człowiekiem, aby kod popkultury nie spłycił jednocześnie przesłania Ewangelii? Jak powinna wyglądać estetyka chrześcijańska, aby w konfrontacji z profesjonalnymi kampaniami reklamowymi nie trąciła tandetą?

Na jesień bardzo chciałbym wystartować w mojej diecezji z warsztatami dla parafialnych zespołów medialnych. W każdej (albo prawie każdej) parafii można znaleźć ludzi, którzy mają smartfony i konta w serwisach społecznościowych. Dlaczego nie mieliby używać ich dla chwały Bożej i pokazania, że parafia to miejsce (co najmniej) atrakcyjne?

(nie)wolne pytania

Ten dzień był świętem. Słowem-kluczem mogło być i zapewne było „dziękuję”. Ktoś jednak w układance wrażeń i spotkań umieścił kawałek dnia z napisem „więzienie”. Kilkuset mężczyzn trafiło za kraty nie dlatego, że prokurator z odpowiednią siłą bił w pierś każdego z nich, wypowiadając: „Twoja wina, twoja wina, twoja bardzo wielka wina”. Każdy w mniej lub bardziej zauważalnym momencie przekroczył granice, w której grzeszki zdecydowanie nabrały wagę dramatu, a podjęte decyzje nierozerwalnie związały się z czyjąś krzywdą.

W więziennej kaplicy jeden z osadzonych opowiedział swoją historię. Wywodzi się z harcerstwa, prowadził szkolenia dla młodzieży, jako żołnierz wyjeżdżał na misje zagraniczne. Punktem granicznym były narodziny niepełnosprawnego syna i krzywdząca decyzja (nie)odpowiednich komisji, że nie kwalifikuje się do dodatkowego zasiłku. „Podjęliśmy z żoną świadomą decyzję. Aby mieć na rehabilitację dziecka, założyliśmy działalność i zaczęliśmy wyłudzać pieniądze. Dzisiaj syn ma 14 lat i nie jest z nim źle. A ja od grudnia jestem w zakładzie”.

Zanim z łatwością ocenię kogoś, kto przekroczył niedopuszczalną granicę przestępstwa, zastanowię się, jak wiele mam szczęścia, nie musząc podejmować decyzji, które nie mają „lepszej” alternatywy. Przestępca jest grzesznikiem. Święty też nim jest. Łaska zmienia wszystko. A mi udaje się żyć tak, jakby wszystko zależało ode mnie (sic!).

Nowy ateizm a nowa ewangelizacja

Nowy ateizm jest potężnym wyzwaniem nie tylko dla teologii fundamentalnej, ale także dla chrześcijaństwa jako takiego. Coraz bardziej wysublimowane formy negacji istnienia Boga, połączone z próbami dyskredytowania instytucji kościelnych, mogą generować u wyznawców Chrystusa postawę defensywną. Znajdowałaby ona swoje uzasadnienie w 1 Liście św. Piotra: „Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest” (1 P 3,15b). Historia teologii pokazuje, że wyzwania, które inspirowały Magisterium do bardziej jasnego sprecyzowania doktryny, stawały się zarazem okazją do rozwoju. Warto jednak zmierzyć się z pytaniem czy w obecnym kontekście kulturowym zatrzymanie się tylko na obronie wiary nie zepchnie Kościoła do roli reliktu przeszłości, który wprawdzie zachował swoją przestrzeń, ale jednocześnie utracił życiodajną siłę oddziaływania na decydujące prądy intelektualne.

                Od ponad 40 lat kolejni papieże usiłują zaszczepić u chrześcijan myślenie nie tyle apologetyczne, ile misyjne. W tym układzie sił Kościół nie jest „w defensywie”[1], ale raczej „w ofensywie”, ponieważ ma do zaoferowania światu najcenniejszy Dar, którym jest Jezus Chrystus. Bł. Paweł VI w adhortacji „Evangelii nuntiandi” wysuwa odważną tezę, że Kościół jest „dla ewangelizacji” i to właśnie jej podporządkowane powinny być wszystkie działania Kościoła[2]. Ważnym wątkiem dokumentu Pawła jest podkreślenie, że we współczesnym świecie nie wystarczy milczące świadectwo życia chrześcijan, ale musi mu towarzyszyć wprost głoszenie Chrystusa[3]. Ta intuicja jest niemal profetyczna, ponieważ później Kościół wiele razy zmagał się z błędną teorią według, której można zbudować społeczeństwo w oparciu o ideę humanizmu, który nie musi wprost wypływać z chrześcijaństwa.

                W 1979 roku w Krakowie-Mogile, w trakcie pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny, św. Jan Paweł II po raz pierwszy użył terminu „nowa ewangelizacja”. Cztery lata później w Port-au-Prince na Haiti, dodał, że chodzi o ewangelizację „nową w zapale, w swych metodach i w swym wyrazie”[4]. Czy można doszukiwać się zbieżności terminów: nowy ateizm – nowa ewangelizacja? Wobec powolnej degradacji civitas cristiana i ignorancji religijnej ludzi, którzy zostali ochrzczeni i są nominalnymi katolikami, ale ich postawy życiowe nie współgrają z nauczaniem Ewangelii, św. Jan Paweł II, odwołuje się do nakazu misyjnego Chrystusa: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15). To co przez wieki rozumiano jako misję ad gentes, należy więc zacząć rozumieć również jako reewangelizację krajów, które od wieków niosą dziedzictwo chrześcijańskie[5].

                Czy nowa ewangelizacja może być odpowiedzią Kościoła na nowy ateizm? Przedstawiciele tego ostatniego nurtu silnie postulują prymat wiedzy naukowej i to w jej zawężonym rozumieniu (w oparciu o wyniki badań empirycznych i ewentualnych hipotez, które z nich wypływają). W nowej ewangelizacji podkreśla się tezę, że wiara zbyt mocno oparta na rozumie traci we współczesnym świecie siłę oddziaływania. Wobec rozwoju nauk humanistycznych i pogłębiającej się świadomości, że w strukturę osobową oprócz rozumu wpisują się także emocje oraz wolna wola, wydaje się niezmiernie ważne, aby rozpowszechniać właściwe rozumienie aktu wiary, który jest czymś więcej, niż definicja która przez wieki sprowadzała go do przyjęcia za prawdziwe, to co Kościół podaje do wierzenia[6]. O ile ateiści w swojej argumentacji mocno obstają przy odwoływaniu się do rozumu, katolicy coraz mocniej rozumieją, że w rzeczywistości przepełnionej różnymi prądami intelektualnymi nie sposób zrealizować postulaty Soboru Watykańskiego II inaczej, jak tylko przez szukanie nowych odniesień do podmiotu i przedmiotu aktu wiary.

Jednym z owoców realizowanej odnowy biblijnej w Kościele jest odkrycie na nowo kerygmatu apostolskiego – pierwszego orędzia wiary, sześciokrotnie występującego w Dziejach Apostolskich (Dz 2,14-36; 3, 12-24; 4,8-12; 5,29-32; 10,34-43; 13,16-41)[7]. Konstrukcja kerygmatu zbieżna jest z wydarzeniami historii zbawienia. Na początku mowa jest o Bożej miłości i planie dla każdego człowieka; następnie o grzechu, który zrywa relację z Bogiem; kolejno o zbawieniu w Jezusie Chrystusie; później o wierze jako przyjęciu darmowego daru zbawienia i wiążącą się z tym zmianą stylu życia, która wyraża się przez nawrócenie; następnie o Duchu Świętym, jako darze osobowym, który uzdalnia wierzącego do życia w Chrystusie; ostatnim elementem jest orędzie o Kościele, jako wspólnocie, w której można wzrastać w wierze[8]. Kerygmat charakteryzuje się spersonalizowaną formą komunikowania, w której unika się sformułowań w stylu: „Bóg kocha każdego człowieka”, „Jezus przyszedł zbawić wszystkich”, „Jesteśmy grzeszni”, itd. Celem kerygmatu jest doprowadzić człowieka do osobistego spotkania z Jezusem, dlatego w obiektywne orędzie oparte na Słowie Bożym wplata się elementy doświadczenia wiary. Może się wydawać, że taki sposób dyskusji może wręcz powielać stereotypy rozpowszechniane przez nowy ateizm, ale uznając tzw. autonomię emocji, o której mówi współczesna psychologia, o ile można się spierać o pewne tezy, o tyle nie można drugiemu człowiekowi wmówić, że wcale nie przeżywa tego, co przeżywa – z przeżyciami się nie dyskutuje. Spór może się rozegrać na płaszczyźnie interpretacji danego doświadczenia egzystencjalnego. Ważnym wyznacznikiem nauczania kerygmatycznego jest jego fakt, że kieruje się je przede wszystkim do woli, argumentując, że bez zaangażowania wolitywnego i emocjonalnego warstwa intelektualna (potencjalne informacje o Bogu) jest mało użyteczna[9]. Wiąże się to z wcześniej wspomnianą antropologią aktu wiary. Zdaje się, że w tym miejscu mamy największy rozdźwięk między nowym ateizmem i nową ewangelizacją. Kerygmat będzie apelował: „Jeśli chcesz, możesz doświadczyć Bożej miłości… Jeśli chcesz możesz przyjąć to wszystko co Jezus dla Ciebie zrobił”, zaś ateista może odpowiedzieć zarzutem o nieracjonalności, albo co gorsza o fanatyzmie.

O ile z jednej strony można zaobserwować umacnianie się pewnych linii argumentacji u ateistów, o tyle w Kościele widać jak kolejni papieże chcąc, aby chrześcijaństwo było czymś więcej, niż tylko swoistym wyzwaniem intelektualnym, coraz bardziej wybierają drogę nowej ewangelizacji. Papież Benedykt XVI w 2010 roku powołał do życia Papieską Radę ds. Rozkrzewiania Nowej Ewangelizacji[10], której powierzył przygotowanie Roku Wiary dla całego Kościoła, zaś na 2012 rok zwołał Synod Biskupów ds. Nowej Ewangelizacji. Niezmiernie ważną, aczkolwiek prawie niezauważalną była jego decyzja odebrania nadzoru nad katechezą Kongregacji ds. Wychowania Katolickiego i powierzenia go wyżej wspomnianej radzie[11]. Papież Franciszek w adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium”, podsumowującej synod biskupów, stwierdził, że kerygmat jest podstawą wszelkiej formacji chrześcijańskiej, a kolejne jej etapy powinny de facto polegać na pogłębianiu poszczególnych punktów kerygmatu: „Cała formacja chrześcijańska jest przede wszystkim pogłębieniem kerygmy, która przybiera coraz większą i coraz lepszą postać, nie przestaje nigdy oświecać zaangażowania katechetycznego i która pozwala zrozumieć odpowiednio znaczenie jakiegokolwiek tematu poruszanego w katechezie. Jest orędziem odpowiadającym na pragnienie nieskończoności, drzemiące w każdym ludzkim sercu. Centralny charakter kerygmy wymaga niektórych charakterystycznych cech przepowiadania, koniecznych dzisiaj w każdym miejscu: żeby wyrażało ono zbawczą miłość Boga uprzednią w stosunku do moralnych i religijnych zobowiązań; żeby nie narzucało prawdy i odwoływało się do wolności; żeby miało pewne cechy radości, bodźca, żywotności i harmonijnej pełni nie sprowadzającej przepowiadania do kilku doktryn, czasem bardziej filozoficznych niż ewangelicznych”[12].

Nowa Ewangelizacja, począwszy od Pawła VI, wyrasta wprost z nakazu misyjnego Chrystusa i jest nie tyle działaniem reakcyjnym, ile raczej próbą dostosowania niezmiennego orędzia o zbawieniu do aktualnych uwarunkowań społecznych. Pod terminem nowa ewangelizacja kryje się wiele działań, które w mniej lub bardziej bezpośredni sposób stykają się ze współczesnym sekularyzmem i nowymi formami ateizmu, szczególnie w takich inicjatywach jak: zapoczątkowany przez Benedykta XVI „Dziedziniec pogan” (zwany później „Dziedzińcem dialogu”), czy Kurs Alpha dedykowany osobom, które utraciły żywy kontakt ze wspólnotami wiary, a uległy różnym współczesnym prądom ideowym. Jakkolwiek trudno wprost uznać, że nowa ewangelizacja może być kontrpropozycją do teorii wpisujących się w nowy ateizm, jednak warto poddać pod głębszą refleksję, czy krytyka religii rozpowszechniana przez „piewców” ateizmu nie trafia w próżnię, gdy z drugiej strony ma do czynienia z Kościołem, który nie tyle broni depozytu wiary, dając do zrozumienia, że ma monopol na prawdę, ile raczej z Kościołem, który przez pozytywny przekaz oparty na kerygmacie i świadectwie życia chrześcijan ma dla postmodernizmu intrygującą propozycję, będącą alternatywą dla wykwintnych programów politycznych i społecznych.

[1] Por. Franciszek, Evangelii gaudium, nr 96.

[2] Paweł VI, Evangelii nuntiandi, nr 14. 59.

[3] Paweł VI, Evangelii nuntiandi, nr 42

[4] http://nowaewangelizacja.org/ewangelia-zawsze-nowa/; na dn. 10.02.2017 r.

[5] Jan Paweł II, Redemptoris Missio, nr 33.

[6] Por. Franciszek, dz. cyt., nr 3.

[7] P. Hocken, Dobra Nowina o Królestwie. Jaki jest kerygmat który głosimy, w: P. Musiewicz, D. Trzcinka, Całą Ewangelię, Całe Ciało, Całemu Światu, Kraków 2104, s. 29-39; J. H. Prado Flores, Nowi ewangelizatorzy dla Nowej Ewangelizacji, tłum. B. Jakubowski, Poznań 2013, s. 59-77.

[8] J. H. Prado Flores, Jak ewangelizować ochrzczonych?, tłum. B. Jakubowski, Poznań 2016, s. 101-115

[9] J. H. Prado Flores, Ewangelizacja – katechizacja. Kontekst i fazy głoszenia, w: P. Musiewicz, D. Trzcinka, dz. cyt., s. 41-49.

[10] Benedykt XVI, Ubiqumque et semper, Citta del Vaticano 2010.

[11] Benedykt XVI, Fides et doctrinam, Citta del Vaticano 2013.

[12] Franciszek, dz. cyt., nr 165.

Polisz inglisz

Pierwszy raz w czasie Świąt Bożego Narodzenia byłem za granicą. W kolejnym zdaniu powinienem napisać, że w Anglii, ale od razu sprostuję – tam też jest Polska. Nie tylko z powodu obecności aż 1,5 mln Polaków. Gdy gdzieś mieszkasz, nawet jeśli nie czujesz się u siebie, to masz tam swoją codzienność (pracę, szkołę, zmartwienia i marzenia). Czy tego chcesz, czy nie, w jakiejś mierze współtworzysz w tym miejscu kulturę.

Można to pytanie zadać na początku, ale zdaje się, że w tym miejscu smakuje ono inaczej. Jaki jest sens obecności Polaków w Anglii? Pewnie sondaże kazałyby nam odpowiedzieć, że to praca i zarobek każą gnać z domu 2000 km do obcego kraju. I tak, i nie. Okazuje się, że to, co dla nas jest czymś normalnym dla Anglików jest już czymś więcej. Bo jak inaczej wytłumaczyć dwukrotnie większą „produktywność” Polaków w wielu zakładach i ich pracę w tempie niemożliwie szybkim dla dotychczasowych teamów pracowniczych? W kościołach, w których dotychczas dominowało pokolenie 60+, pojawiają się młodzi małżonkowie z małymi dziećmi, a kolejki do spowiedzi w Polskiej Misji Katolickiej zdumiewają angielskich duszpasterzy. Zdaję sobie sprawę, że ludzie, którzy z natury widzą zawsze szklankę do połowy pustą, zamiast pełną, gotowi byliby w tym miejscu przytoczyć przykłady pokazujące, jak relatywnie mniejszy odsetek Polaków praktykuje w Anglii, niż w ojczyźnie i że dla niektórych emigracja stała się bezpieczną kryjówką przed przeraźliwą bezradnością, a może i kłopotami z prawem. Nie zmienia to faktu, że obecnie nie sposób wyobrazić sobie angielskich przedsiębiorstw i kościołów bez Polaków. Choć w pracy Polacy nie są odpowiednio doceniani w postaci odpowiedniej pensji, a kościoły często trzeba wynajmować od angielskich parafii, to jednak faktem jest pewien „ferment”, który dzieje się wokół stylu życia wielu naszych rodaków. Czy są „solą ziemi i światłem świata”? Bóg to oceni.

Przebywając na zachodzie Anglii, nie umiałem się opędzić od wracających do mojego serca jak bumerang słów Boga, które wypowiedział do Abrahama: „Przez ciebie otrzymają błogosławieństwo wszystkie ludy ziemi” (Rdz 12,3). Co to znaczy? Jaką rolę do spełnienia mają Polacy w Anglii w perspektywie Królestwa Bożego? Nie wiem. Ufam, że każdego dnia Bóg mówi do ich serc. Bardzo bym chciał, aby Go usłyszeli i uwierzyli w powołanie, które im daje.

Moje obserwacje mają charakter subiektywny i zastrzegam sobie prawa do wyczerpującego opisu złożonej sytuacji, którą próbuję jedynie zasygnalizować.

Mniej dzika, niż ci się wydaje

Czy można ją oswoić, założyć jej kaganiec, aby przejść obok niej bezpiecznie? Co kierowało św. Franciszkiem gdy nazywał ją „siostrą”? Czy śmierć jest częścią życia?

Moja pierwsza poważna lekcja przyszła niespodziewanie. Magda i Mariusz byli we wspólnocie w parafii, w której posługiwałem. Po pojawieniu się szóstego dziecka w ich rodzinie u Magdy wykryto raka. Wyrok? Wielu wokół niej chwytało się każdej deski ratunku. Magda była dziwnie spokojna. Z przestrzeni choroby opowiadała o tym, że Bóg jest dobry, że kocha, że jak będzie chciał to ją uzdrowi, a jeśli przewidział dla niej inną drogę, to na pewno zatroszczy się o Mariusza i dzieci, a na nią w bramie śmierci czekać będą: Jezus, Maryja i święci. Mówiła o tym w trakcie ewangelizacji ulicznej i audycji w radiu. Przy okazji tego dramatu ujawniło się niesamowite dobro, którego konkretnym przejawem było auto, które Magda i Mariusz dostali, aby mogli wygodnie jeździć do kliniki.

Bóg przewidział. Stan Magdy z miesiąca na miesiąc się pogarszał. W końcu przyszła agonia. Oddychała z coraz większym trudem. Mariusz wziął ją za rękę i powiedział: „Magda, jeśli widzisz Jezusa, Maryję i świętych to idź!”. Po tych słowach odeszła.

Kilkanaście miesięcy później, po krótkiej i strasznie wyczerpującej chorobie, moja mama znalazła się w agonii. Czułem, że muszę jej to powiedzieć. „Mamo, droga jest w jedną stronę. Wiem, że się boisz, ale Jezus jest miłosierny i dużo ludzi się za Ciebie modli”. Po kilku godzinach odeszła. Był to dzień jej urodzin.

Niemożliwe jest możliwe

Medycznie niewytłumaczalne zjawiska zdarzają się, ale jeśli prowadzą do nawrócenia, to trudno się nie zgodzić, że pochodzą od Boga.

Maja doznała kontuzji kolana. Cierpi na rzadką chorobę kości, która niesie ze sobą tak wielkie ryzyko, że nikt nie chciał się podjąć przeprowadzenia operacji. W końcu znalazła się klinika w Monachium. Tuż przed wyjazdem Maja wybrała się na Mszę z modlitwą o uzdrowienie, aby modlić się za swoją koleżankę. W trakcie nabożeństwa poczuła w chorym kolanie dziwne mrowienie.

Nadszedł umówiony termin przyjęcia do kliniki. Wykonano konieczne badania, przygotowano Maję do zabiegu, który, z udziałem wielu lekarzy, miał trwać 14 godzin. 40 minut przed operacją zrobiono USG, aby zweryfikować bieżący stan kolana – potwierdzał wcześniejsze diagnozy. Na 5 minut przed wyjazdem Mai na blok operacyjny ponowiono USG i okazało się, że kolano jest czyste, a rzepka, którą miano zrekonstruować, jest w całości. Operacja zamiast trwać 14, trwała 3 godziny – w kolanie umieszczono stabilizator i śruby potrzebne do dalszego normalnego funkcjonowania.

Na sali pooperacyjnej lekarz ze łzami w oczach powiedział: „Po 44 latach, dzisiaj uwierzyłem w Boga”. Maja usłyszała, że przez pół roku nie będzie mogła stawać na operowanym kolanie. Po 3 godzinach od zabiegu wstała z łóżka. Nie potrzebowała morfiny, a w kolanie czuła jedynie kłucie podobne do tego, jakby ktoś zastrzyk robił.

Leżąca na łóżku szpitalnym obok Mai dziewczyna, po tym co usłyszała i zobaczyła, opowiedziała jej historię swojego życia, kończąc, że ostatnio spowiadała się 7 lat temu. Gdy przyszedł kapelan, poprosiła go o spowiedź.

W tych dniach, na Górze św. Anny odbywała się inicjatywa uwielbieniowa Góra Modlitwy, na  której Maja bardzo chciała być. Leżąc na sali pooperacyjnej, włączyła transmisję video na Facebooku, która bardzo poruszyła całą trójkę wcześniej spotkanych „bohaterów”.

„Teraz wiem co to znaczy, że dla Boga nie ma nic niemożliwego”.

Imię głównej bohaterki na jej wyraźne życzenie zostało zmienione. 

Więcej niż sumienie

Jan Paweł II w Skoczowie w 1995 roku wołał:

Polska woła dzisiaj nade wszystko o ludzi sumienia! Być człowiekiem sumienia, to znaczy przede wszystkim w każdej sytuacji swojego sumienia słuchać i jego głosu w sobie nie zagłuszać, choć jest on nieraz trudny i wymagający; to znaczy angażować się w dobro i pomnażać je w sobie i wokół siebie, a także nie godzić się nigdy na zło, w myśl słów św. Pawła: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!” (Rz 12,21).

Jako, że łatwiej bić się w cudze, niż własne piersi, to z łatwością przychodzą nam na myśl oceny w stylu: „ten człowiek nie ma sumienia”, „jak tak można?”, itd. Sumienie więc może się wydawać towarem deficytowym. Gdy pozostajemy na takiej płaszczyźnie myślenia owo sumienie będzie oznaczało jakąś fundamentalną przyzwoitość, wrażliwość, mniej lub bardziej kierowanie się sercem. Czy nie ma wrażliwości człowiek, który nie odprowadza uczciwie podatku VAT? Czy ten, kto wylewa szambo na pole ma serce z kamienia? Przecież dla swojej żony może być czuły i wrażliwy. Czy ten, kto pali śmieciami w piecu jest nieprzyzwoity? Przecież wobec sąsiadów i współpracowników może być ostoją uprzejmości.

Bycie człowiekiem sumienia to nie wszystko. Bo sumienie może być nieprawidłowo ukształtowane. Zło może nazywać prawie-złem, a dobro przesadą. Takiego sumienia należy słuchać. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi:

Człowiek powinien być zawsze posłuszny pewnemu sądowi swojego sumienia. Gdyby dobrowolnie działał przeciw takiemu sumieniu, potępiałby sam siebie. Zdarza się jednak, że sumienie znajduje się w ignorancji i wydaje błędne sądy o czynach, które mają być dokonane lub już zostały dokonane.

Czy wyobrażasz sobie sytuację, że mówisz komuś: „Słuchaj, z Twoim sumieniem jest coś nie tak, dlatego nie słuchaj go ale mnie! Ja Ci będę mówił co jest dobre, a co złe”? Bez względu na to, czy ono obiektywnie jest piękne ukształtowane, czy płaskie jak deska, człowiek powinien go słuchać, a jednocześnie starać się nad nim pracować.

Załóżmy jednak, że sumienie mamy prawidłowe i odkrywamy, że powinniśmy przyjąć do domu chorą na Alzheimera babcię, albo zgodzić się na to, że nasze dziecko urodzi się z upośledzeniem, choć mamy prawo poddać się aborcji i tak będzie łatwiej; albo przeczuwamy, że nadszedł czas uczciwego płacenia podatków, ale ze strachu o stabilność finansową aż spać nie możemy. Sumienie wskazuje jak należy postępować, ale skąd wziąć do tego siły? Jak kochać na miarę najgłębszych pragnień? Jak być wierny zasadom, które się ma w sercu, gdy ludzie dokoła z nich kpią? Bycie człowiekiem sumienia to nie wszystko.

W tym kontekście warto odczytać na nowo zachętę papieża Franciszka z Evangelii gadium:

Zachęcam wszystkich chrześcijan, niezależnie od miejsca i sytuacji, w jakiej się znajdują, by odnowili już dzisiaj swoje osobiste spotkanie z Jezusem Chrystusem, albo chociaż podjęli decyzję, by być gotowymi na spotkanie z Nim, na szukania Go nieustannie każdego dnia. Nie ma powodów, dla których ktoś mógłby uważać, że to zaproszenie nie jest skierowane do niego, ponieważ «nikt nie jest wyłączony z radości, jaką nam przynosi Pan». Pan nie zawiedzie tego, kto zaryzykuje, by uczynić mały krok w kierunku Jezusa. Przekona się wówczas, że On już na niego czekał z otwartymi ramionami.

Gdy spotykam Jezusa, to moje chrześcijaństwo przechodzi z poziomu zasad na poziom relacji. Ogólne przykazania nabierają treści, bo zaczynam je przeżywać ze względu na Chrystusa. „Panie, jeśli Ty mnie tak bardzo kochasz, to ja już nie chcę…”. „Jezu, jeżeli za mnie umarłeś na krzyżu, to ja dla Ciebie…”. Czy to nie jest niesamowite, że Ktoś oddał wszystko, abyśmy mogli we wszystkim doświadczać Jego działania? I tak jak mama, gdy widzi twarz dziecka, które z miłością o coś prosi, tak i ten, który staje się przyjacielem Jezusa, wie, że chce żyć pięknie, że inaczej już nie może. Bo jest Ktoś, kto tak bardzo kocha, kto tak bardzo mi ufa.

Kiedy ostatnio spotkałeś Jezusa? Uklęknij i powiedz szczerze w sercu: „Jezu, ja chcę Ciebie spotkać”. Idź z takim nastawieniem do spowiedzi, na Mszę świętą, na adorację. Zobaczysz – Twoje życie nabierze nowego smaku!

P.S. Chcesz komuś pomóc w tym, aby zmieniło się jego sumienie? Zrób wszystko, aby spotkał Jezusa.

Śmieciowy cud

Był zdesperowany. Nie miał pieniędzy, pracy, wielkich perspektyw. Zatrudnił się na wysypisku śmieci. Za 5 zł/h pracował przy taśmie przy segregacji odpadków, zanim nie wpadły do maszyny, która je rozrywała na kawałki i miażdżyła.

Pewnego dnia ze sterty śmieci jadących taśmą wystawało coś, co przykuło jego uwagę. Po chwili dostrzegł obraz Maryi. Zdążył go zdjąć z taśmy zanim wpadł do niszczarki. Przetarł ręką i pomodlił się w sercu: „Chciałbym mieć trochę pieniędzy, bym mógł coś kupić mojej dziewczynie”. Tego samego dnia wśród śmieci znalazł dwa portfele. W jednym z nich było 300 zł.

Dzisiaj obraz znaleziony na śmietniku wisi na ścianie w pokoju, w którym śpi. Problemy podobne, wiara niepodobna.

Coś za coś?

On jest gdzieś tam. My tutaj. On może wszystko. My tak niewiele. Czujemy, że od Niego zależy czy nam się przytrafi coś dobrego, czy coś złego, więc próbujemy jakoś wejść z Nim w układy. Ja Ci, Boże, modlitwę, a Ty mi błogosławieństwo. Ja pójdę na Mszę, a Ty się zajmiesz tym, czego ja nie ogarniam. W sumie proste. Ale czy prawdziwe? Czy religia polega na handlowaniu z Panem Bogiem? Pojawiające się tu i tam (czasem półgłosem) komentarze w stylu „sam sobie zasłużył” zdają się potwierdzać taki obraz relacji człowiek-Bóg.

Nowy Testament pokazuje nam, że Bóg nie jest kapryśnym dziadkiem siedzącym na pozłacanym tronie, od którego samopoczucia zależą marne losy ludzkości, a nasze wysiłki poprawiają jego, wciąż zagrożone fochem, samopoczucie. Nie! Bóg przed stworzeniem świata już nas zechciał, już zaplanował dla nas rzeczy, które nie mieszczą się w naszych marzeniach. Mało tego! Widząc moją i Twoją słabość, Bóg nie rezygnuje z projektu „ludzkość” – choć mógłby jednym słowem świat rozwalić, ale gra „va banque”, wszystko stawia na jedną kartę. O ile w religijności naturalnej to człowiek przez swoje praktyki musi się ciągle „wspinać” do Boga, o tyle w chrześcijaństwie to Jezus ogołaca się, staje się człowiekiem, służy, kocha, jest blisko – schodzi do naszych dołów porażek i niespełnionych życzeń.

Zanim zaczniesz znowu handlować z Bogiem, to odkryj słowa z 9 rozdziału Ewangelii św. Mateusza – „Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.